Rozmowa z Ewą Woydyłło

           Motyl musiał przelecieć w Nikaragui, żeby pewna kobieta obudziła się z lękiem o przyszłość i pomyślała, że od dziś zmieni coś w życiu.

Motyl w Nikaragui?

           Tak. Pewna kobieta przyszła do mnie niedawno i powiedziała: "Ewa, ty tego nie pamiętasz, jedenaście lat temu zgłosiłam się na terapię. I tylko tobie zawdzięczam, że wytrzeźwiałam." To miłe, ale jednak nieprawdziwe. Trzeźwienie nie jest prostym, linearnym procesem. Nauczyciel znajdzie się, gdy uczeń jest gotowy.

W przypadku mężczyzn nie mamy oporów, aby im powiedzieć, że mają problem z alkoholem. Dlaczego tak trudno powiedzieć to kobiecie?

           Koleżanka, mąż, lekarz pierwszego kontaktu - nikt nie chce powiedzieć. Rozmawiać o tym z kobietą, to narazić się na coś kłopotliwego, co może być dla niej obraźliwe. Trudno podjąć decyzję, żeby narażać kobietę na taką straszną rzecz. Z góry zakłada się, że nie będzie w stanie tego spokojnie wysłuchać (mężczyźni zresztą też nie chcą spokojnie wysłuchiwać).

           Myślimy, że kobieta może zareagować bardzo emocjonalnie. Rozpłacze się, będzie podcinać sobie żyły.

Co więc robić?

           Osoba uzależniona musi zostać skonfrontowana z problemem, ale w szczególny sposób. Nie karcąco, tylko pomagająco.

           Możemy przeprowadzić interwencję wobec kobiety tak, że ona się nie rozpadnie. Jeśli powiem: "Słuchaj, ja cię tak kocham, zależy mi na tobie i chciałabym, żebyś wróciła do dawnej siebie" - wtedy wytrzyma. I jeszcze: "ja cię pamiętam, byłaś wspaniała".

           Nie używamy w ogóle słowa alkoholik. Mówimy: "chodź do specjalisty, dowiemy się, co to jest". To wszystko przychodzi z co raz większym zrozumieniem, co raz lepszą wiedzą.

           Podczas pierwszego spotkania nie mówię: "podejrzewam, że to jest alkoholizm", lecz: "podejrzewam, że ten problem nie jest łatwy do rozwiązania samemu". Nie mówię, że ty masz sobie sam poradzić. Mówię, że trzeba zwrócić się o pomoc. Trochę według zasady, że skoro boli ząb, to chyba pomoże dentysta.

           Jeśli to pierwszy etap, to nigdy nie poruszam głębokich spraw, nie pytam: "dlaczego pijesz?" Kiedyś to będzie ważne pytanie, tylko nie teraz. Na tym etapie mówię: "potrzebny ci do pomocy specjalista". A ktoś: "Ale to ty jesteś specjalistą". Odpowiadam: "No tak, ale przecież w takiej rozmowie nic nie załatwimy".

           Tak się zaczyna.

Czy kobiecie w trakcie terapii jest łatwiej niż mężczyźnie?

Wprost przeciwnie - trudniej. Pierwszy problem to niekorzystny zestaw współuczestników terapii.

Za dużo mężczyzn?

           Po prostu jest ich więcej.

           Wiemy, że alkoholizm rozwija się na tle pewnego emocjonalnego deficytu, który wiąże się dodatkowo z tym, że coś nam się w życiu nie układa. Zawsze jest jakiś problem: rzucił mnie chłopak, w szkole koleżanki nie chcą bawić się ze mną, mama na mnie krzyczy. Jeśli ktoś nie ma umiejętności emocjonalnego poradzenia sobie z taką sytuacją w zdrowy sposób, a dostrzeże, iż alkohol te problemy oddala, pozwala na wyluzowanie, to taka osoba zacznie używać alkoholu jako lekarstwa.

           Nie spotkałam nigdy szczęśliwego alkoholika czy szczęśliwej alkoholiczki. Wszyscy mówią o poczuciu nieszczęścia. Ono jest subiektywne i później, w trakcie terapii, mogę ułatwić pacjentowi zobaczenie tych nieszczęść z dystansu. Dziewczyna powie: no faktycznie, tatuś wolał syna, ale przecież nic mi się z tego powodu nie stało. Reagowałam niedojrzale.

           Terapia wymaga przyjrzenia się sobie. W przypadku osób uzależnionych dotyczy to głównie zobaczenia tego co robiłam źle, co było moim nieszczęściem, wadą, traumą. Nikt nie pyta w terapii: "jaki dostałaś najładniejszy prezent?", tylko dotykamy nieprzyjemnych spraw, które mogły wiązać się z piciem. Problem z terapią kobiet polega na tym, że często te "nieszczęścia" są związane z mężczyznami. Przewaga mężczyzn w terapii krępuje. W towarzystwie mężczyzn trudniej powiedzieć: "Strasznie wstydziłam się, kiedy dostałam pierwszy okres i zaczęłam tyć". Takich spraw kobiety-alkoholiczki mają mnóstwo. Jeśli próbowały o tym rozmawiać, dostawały po łapach. Jak szły z takimi sprawami do matki, matka je odsyłała. Nabrały poczucia, że poruszanie tych tematów źle o nich świadczy.

           A jeszcze historie z picia, kiedy kobieta znajduje się w cudzym łóżku i nie wie jak się tam znalazła. Facet też tak się budził, ale jemu wolno, super, świetnie było.

To co trzeba zrobić? Tworzyć grupy tylko dla kobiet?

           Leczenie koedukacyjne wcale nie przekreśla przenoszenia pewnych tematów w bezpieczne warunki... Jak zbierze się kilka pacjentek - zrobię grupę kobiet. Jeden z kolegów bierze wtedy mężczyzn i pracuje z nimi np. na temat przemocy. Ja biorę kobiety i rozmawiamy - o stosunku do matki, o urazach z dzieciństwa. Czasem wystarczają dwa, trzy takie spotkania, zadanie pracy na tematy ściśle kobiece - związane z aborcją czy śmiercią dziecka. Trzeba poruszyć je w terapii, bo kiedy kobieta wytrzeźwieje, takie historie powrócą bardzo mocno. To ją zmartwi i pójdzie się upić. Musimy to wyprzedzić.

Wielu terapeutów pomija trudne sprawy, mówi: to nieodpowiedni moment, wrócimy do tego w pogłębionej terapii.

           Zapraszam wszystkie kobiety, które są w ośrodku - stażystki, studentki, panie z kuchni. Rozmawiamy, każda z uczestniczek zabiera głos. Kiedy mówimy o matce, o tym, czego matka mi nie dała, jaki mam do niej żal, to mówi i pani Stasia, kuchenkowa, i pielęgniarka, i ja, i pacjentki. To jest grupa kobiet, nie alkoholiczek.

           Zaczęłam stosować tę metodę dwadzieścia lat temu. Kobiety często są nieufne w stosunku do innych kobiet, bo spotykały je różne rozczarowania i zawody. Jest przecież rozpowszechniony stereotyp: nie mów nic przyjaciółce, bo ona opowie innej przyjaciółce. Tutaj natomiast tworzymy klimat, w którym coś modelujemy. Możemy poważnie rozmawiać, nie wygłupiamy się, nie śmiejemy, otwieramy swoje rany, ale tylko na tyle, na ile chcemy, zachowujemy dyskrecję. I nagle okazuje się, że one potem bez przerwy ze sobą rozmawiają. Czyli to jest właściwy sposób, aby pokazać, że można rozmawiać.

           Napisałam kiedyś taką książkę dla kobiet "Podnieś głowę". I tam jest rozdział zatytułowany "Braterstwo sióstr". Śmieszne, prawda? No ale przecież nie można napisać "siostrzeństwo sióstr"... Uważam, że jednym z czynników podnoszących jakość życia kobiety, zwłaszcza w przypadku kobiet obciążonych wielkimi problemami, jest zdolność do znalezienia oparcia w innych kobietach. Większość moich pacjentek ma wielkie problemy z matkami. Były często zaniedbywane i krzywdzone. Wzór matki nie odcisnął się na tyle pięknie, aby ta matka była w życiowych problemach nawet już nie życiowym wzorem, ale choćby kimś zwyczajnie obecnym. Niestety, często matki moich pacjentek skrzywdziły je, a teraz te kobiety mają własne córki, które są dla nich jadowitymi żmijami. Gnębią się wzajemnie i wszystko jest w tych relacjach poskręcane i połamane. Trudno powiedzieć takim kobietom: znajdź sobie kilka przyjaciółek wśród sąsiadek czy koleżanek. Dlatego zamiast mówić - organizuję im koleżanki. Taka grupa kobiet w terapii to jest pierwszy sygnał: z innymi kobietami może być fajnie. Śmiejemy się, pokpiwamy sobie, żartujemy. Potem drugi krok - grupa kobieca AA. Nad tym nie mam już kontroli, ale zalecam, aby szukać grup, w których można odnaleźć klimat bezpieczeństwa. Trzecia droga polega na tym, że kojarzę ze sobą konkretne osoby - trzeźwiejącą alkoholiczkę z inną kobietą, która może jej pomóc w nowym życiu.

           Piętno matki trzeba przełamywać. Jeśli nawet pacjentkom nie za bardzo układa się życie osobiste, są pozbawione dobrego związku z mężczyzną czy dobrych relacji z dziećmi, ale udaje się znaleźć kilka koleżanek, to jakość ich życia rośnie.

Powróćmy do rozmów o trudnych, kobiecych sprawach. Jakimi zasadami kieruje się Pani wprowadzając te wątki do terapii?

           Klimat terapeutyczny nie dopuszcza krytyki, nie ma oceniania. Bardzo tego przestrzegam. Pacjentka mówi, że zostawiła dzieci i odeszła z domu. Ktoś z drugiego końca sali odezwie się z przyganą: "Jak ty mogłaś?!". Koniec świata. Wtedy moim zadaniem jest natychmiast uciszyć ten odruch potępienia. To bardzo łatwe, bo ta osoba, która potępia, też ma jakąś historię. Wystarczy zapytać: "Jak było z twoim ojcem, kiedy był chory? Mówiłaś nam, że nie poszłaś do szpitala...". "No tak, bo wtedy piłam". I wtedy mówię: "Jak ty mogłaś, jak ty mogłaś...". Wszystko staje się jasne.

           Podobnie w terapii indywidualnej. Mówię: "Twierdzisz, że nigdy nie skrzywdziłaś rodziny". Pacjentka: "Moje dzieci nigdy nie widziały, że jestem pijana". "No dobrze, a czy zgodzisz się na to, żebym zaprosiła twoje dzieci i porozmawiamy o tym razem?". Zapraszamy dzieci, siedzimy razem, rozmawiamy. Pytam jedenastoletniego syna: "Czy wiedziałeś, że mama jest na leczeniu?". Mruknął, że tak. "A czy wiedziałeś na czym ta choroba polega?". Dziecko: "Mama piła". "OK, ale czy chciałbyś, żeby mama dalej piła?". "Nie". "A dlaczego?". "Bo się boję".

           Odpowiadam wtedy dziecku, że dziękuję, że bardzo nam pomogło. I przy tym chłopcu mówię: "Widzisz, mówiłaś, że o niczym nie wie, a on się boi".

           Nie oceniam, tylko konfrontuję z faktami.

           Tylko tak można poruszać najtrudniejsze tematy: aborcja, porzucenie dzieci... Musi mówić o tym dojrzała kobieta. Mam koleżankę, która jest dwa lata po psychologii. Jest niezwykle miła, dziewczęco wygląda. Ona może sobie nie poradzić, nie dlatego, że jest złym psychologiem, ale w sferze doświadczeń, którymi obciążone są te pacjentki, musi wyjść na przeciw ktoś, kto nie wystraszy się. Mogę mieć pacjentkę lesbijkę, pacjentkę, która porzuciła dzieci albo zabiła męża. Nie rozpadnę się od tego, od wielu lat pracuję w więzieniach. To są straszne historie, ale trzeba ich dotknąć w czasie terapii, żeby pacjentka naprawdę mogła wytrzeźwieć.

Czy nie jest czasem tak, że terapeuci boją się rozmawiać o trudnych sprawach, żeby nie zrazić pacjentki?

           Kobiety mają emocje na wierzchu, reagują emocjonalnie. To często zatrzymuje terapeutę. Kalkuluje: muszę działać delikatnie, bo jak nie będę delikatny, to pacjentka zablokuje się albo wpadnie w depresję. Zamknie się w sobie. Nie będzie mnie lubić.

           W stosunku do kobiet terapeuci często przybierają postawę chodzenia jak po tłuczonym szkle. Skoro już ruszyła, niech idzie. Jak przeholuję, znowu będzie chciała popełnić samobójstwo albo wpadnie w bulimię. Kobiety wykorzystują to jak tylko się da, manipulują. Nie w taki sposób jak mężczyźni, że są cwani. Przychodzi mężczyzna i mówi, że chce iść na przepustkę, bo jest już dwudziesty dzień w terapii. Wyrażam zgodę. Idzie do drugiego terapeuty i mówi: "Ewa powiedziała, że mogę pójść na przepustkę". Terapeuta protestuje: "Jesteś tu dopiero niecałe dwa tygodnie, to za krótko". I słyszy odpowiedź: "Ewa powiedziała, że mogę". No to wypisuje mu przepustkę. I dopiero za jakiś czas, kiedy rozmawiam z kolegą terapeutą, kłamstwo wychodzi na jaw. Pozwoliłam mu wyjść, bo uwierzyłam w jego kłamstwo.

           Kobieta zrobi inaczej. Będzie manipulować emocjami. Cały czas będzie na krawędzi depresji, będzie wysyłać sygnały o silnym ładunku emocjonalnym. Żeby zmylić terapeutów.

Po co?

           Po to, aby jak najmniej pracować nad zmianą. Tylko po to.

           Kiedy pacjentka ma przeczytać swój życiorys - boi się. Będzie więc myślała co zrobić, żeby opowiedzieć tylko o tym, co "jako tako jeszcze ujdzie". To naturalne, że cały organizm buntuje się, dąży do tego, by nie ruszyć z miejsca. Lęk, że coś się ujawni, jest ogromny. Mój prywatny wstyd stanie się znany wszystkim. Do tego dochodzi strach przed odrzuceniem i nadzieja, że może wszystko zostanie tak jak było.

           Stan statyczny jest najbezpieczniejszy, bo go znamy. Terapia każe przesuwać się, przesuwać, przesuwać... i iść cały czas w nowe, w nieznane.

O czym jeszcze powinien pamiętać terapeuta pracujący z kobietami?

           Kobiety mają biologicznie wpisaną hormonalną huśtawkę. To też wpływa na terapię. Pacjentka nie rozumie dlaczego chodzi nabuzowana i wściekła. Po prostu tak jest.

           Nie robimy terapii alkoholizmu, tylko robimy terapię alkoholików. Jeśli mamy terapię w grupie i mówimy o zaniedbywaniu dzieci to trzeba powiedzieć, że inaczej zaniedbuje dzieci mężczyzna, a inaczej kobieta. Mężczyzna zaniedbuje dzieci w taki sposób, że na przykład nie pomaga ich matce. Kobieta zaniedbuje dzieci, gdy nie daje im tyle uwagi, ile one potrzebują.

           O czymkolwiek mówimy - trzeba pokazywać, że mogą być różnice: u kobiet jest tak, a u mężczyzn inaczej. Obecność kobiet w grupie trzeba podkreślać, przede wszystkim dlatego, że jest ich mniej i one chętnie po pewnym czasie usuną się, wygodnie dla siebie, na drugi plan. To oznacza, że przestaną angażować się w terapię.

           Kiedy robię wykłady - zwracam uwagę na czynny udział pacjentów. Gdy są w grupie trzy, cztery kobiety to zadaję im pytania w rodzaju: "Jakie przykłady zmiany możecie podać?". Ktoś podnosi rękę, ale widzę, że kobiety milczą. Wtedy wybieram adresatkę: "Haniu, a jeśli włożę ziarenko do ziemi i wyrośnie z niego roślina, to mamy przykład zmiany?". Hania odpowiada. I od tego momentu powołuję się na nią: "Pamiętacie, Hania powiedziała...". Oczywiście Hania nic nie powiedziała, ale dzięki temu zabiegowi Hania zaczyna istnieć w grupie. Ona może być tu dopiero drugi albo trzeci dzień, wcale nie wiadomo czy jej się tu podoba, ale już zaczyna być w grupie.

           Czasem mówię: "Słuchałaś poprzedniej wypowiedzi, co o tym sądzisz?". Ta dziewczyna odbąknie, bo tak naprawdę jej myśli są w innym miejscu i gryzie ją coś poważnego. No ale coś na moje pytanie odpowie, zidentyfikuje się. I znowu mogę odwoływać się do niej: "Pamiętacie, że Kasia potwierdziła"...

           Kobietom trzeba częściej ułatwiać wyjście do pierwszego rzędu

Dlaczego tak jest?

           Terapeuci lubią mówić, że leczą alkoholizm bez względu na płeć. OK, odpowiadam, to ta sama jednostka chorobowa. Ale kobieta zawsze funkcjonuje inaczej w świecie, a zatem przebieg choroby oraz przebieg leczenia musi uwzględniać tę inność. Jednym z elementów jej uwzględniania jest przyjęcie, że kobieta musi uzyskać możliwość bycia na równi z innymi, z mężczyznami.

           Ta inność na starcie bierze się z tego, że w życiu kobieta często jest ofiarą. W terapii chętnie przyjmie podobną rolę. Rzeczą terapii jest między innymi wyzwolenie jej z tej roli. Trzeba dać pacjentce narzędzia, żeby potrafiła to zrobić.

           Dopiero kiedy uwzględnimy różnicę między kobietą a mężczyzną - możemy iść w stronę całkowitej równości. Najlepsza terapia jest wtedy, gdy terapeuci pracują, aby wszyscy pacjenci zidentyfikowali się, poczuli do siebie podobni. Wtedy i kobieta, i mężczyzna uwalniają się od poczucia wyjątkowości i spotykają się na tym samym poziomie.

           Bywają też kobiety, które chciałyby wykorzystywać w terapii kobiecość jako tarczę. Mówią: jesteśmy słabsze, więc trzeba się z nami cackać. Albo uważają, że skoro spotkało je tyle krzywd to mają prawo do warunków ulgowych. To oczywiście trzeba ukrócić.

A kiedy jest już po terapii - czy kobiecie znowu jest trudniej niż mężczyźnie?

           Tak, znowu jest jej trudniej.

           Ona się zmieniła. Pomogliśmy jej w tym. W terapeutycznym kręgu odzyskała najlepszą siebie, jaką może mieć. Teraz wraca do świata, który jej takiej w ogóle nie chce.

           Kiedy mężczyzna wraca do trzeźwego życia - ma rodzinę, kobietę. Rodzina będzie go za ten wyczyn nagradzać. Jeśli to rodzina w miarę wyedukowana to żona będzie mówiła: dzieci, zobaczcie, jakiego macie fajnego tatę. Wszyscy będą mu służyć, przygotowywać kolacyjki, kiedy wróci nieco później z mityngu AA.

           Gdy kobieta wraca do trzeźwego życia - nikt jej nie służy. Wszyscy uważają za naturalne, że w końcu wróciła do swojej roli. Mąż może powiedzieć: "Po co będziesz chodzić na te mityngi?" A jeszcze pójdzie z nią i zobaczy, że tam siedzi dwudziestu facetów. I dwie baby.

           Jednym z problemów, z którymi muszą zmierzyć się trzeźwiejące alkoholiczki, jest powrót do seksu na trzeźwo. Są kobiety, które weszły w życie dorosłe już pod wpływem alkoholu. Jeśli ktoś nauczył się uprawiać seks po alkoholu, a teraz usunie alkohol, to nie jest już to samo. Pojawia się wstyd. A jeżeli jeszcze z tym współżyciem związane są jakieś praktyki erotyczne, które nie mieszczą się w poprawnym, katolickim myśleniu, to już mamy prawdziwy problem. Jeśli kobieta uwalniała się od kulturowych ograniczeń po alkoholu, teraz jest to sfera kompletnie niedostępna. Jej partner oczekuje, że teraz - gdy jego kobieta już nie pije - znowu będzie fajnie. Pamięta, że kiedy popiła sobie, to była świetną kochanką. A teraz - zimna ryba. Ona może nawet bardzo tego pragnąć, ale jest kompletnie zablokowana. Czasem kobiety, gdy zaczynają trzeźwieć, moją problem nawet z rozebraniem się przed mężem.

           Mężczyznę wspiera się w trzeźwieniu, a kobietę - sprawdza.

To chyba widać także w publicznym odbiorze osób, które uwolniły się od uzależnienia. Pani jest żoną Wiktora Osiatyńskiego, wybitnego prawnika, konstytucjonalisty, pisarza. Kogoś, komu wyjście z alkoholizmu dodaje blasku. Trudno znaleźć kobietę o podobnym publicznym "blasku".

           Może taką funkcję mogłaby pełnić Stanisława Celińska? Ona jest wielką aktorką, która pięknie przyjęła swój alkoholizm, nie walczy z nim, zdrowieje.

           No tak, ale Stanisławie Celińskiej alkoholizm się wybacza. A w przypadku Wiktora - podziwia się go.

Właśnie.

           I mamy różnicę.

           Jeszcze jedno - żeby naprawdę wytrzeźwieć, trzeba zajmować się sobą. Przez pierwsze dwa lata być skrajnym egoistą, zapewnić sobie odpowiedni klimat do rozwoju, dobre towarzystwo. Trzeba chodzić na mityngi, dużo odpoczywać, nie brać dwóch prac, dużo przebywać na łonie natury, zająć się regeneracją wyniszczonego ciała. Trzeba zajmować się sobą. Wszystko podporządkować temu, żeby nie wrócić do picia. To w przypadku kobiety dużo trudniejsze. Czekają na nią domowe obowiązki, z których zwalniano ją, gdy piła, ale nikt nie przewidział urlopu na czas trzeźwienia.

           Mąż może zbuntować się i zabronić wychodzenia na te "podejrzane spotkania". Ale nawet jeśli tego nie zrobi - to takie grupy, w większości męskie, i dla samej alkoholiczki są problemem. Powraca kwestia poczucia bezpieczeństwa w mówieniu o sobie.

To może nie warto wytrzeźwieć?

           Warto.

           Kobietom w jednej sprawie jest łatwo. Cudownie łatwo stać się znowu piękną kobietą.

           Kobiety o wiele szybciej niż mężczyźni odradzają się duchowo, znajdują drogę do wiary, znajdują drogę do nowych przeżyć. Stają się szybciej piękne.

           Mężczyzna potrzebuje lat, by zmienić się, wyjść z roli chama, brutala. Alkohol przecież straszliwie degeneruje. A kobiet aż tak nie degeneruje. Kobiety, gdy tylko zaczynają trzeźwieć, stają się szybciej dobrymi ludźmi. Mają mniej oporów przed zmianą na lepsze. Zaczynają opiekować się innymi, pomagać, troszczyć. Nadrabiają.

Jeśli motyl przeleci w Nikaragui...

           Ta kobieta, o której mówiłam na początku, ma dziś siedemdziesiąt lat. Wytrzeźwiała tuż przed sześćdziesiątką.

           Mówi mi: "Tylko dzięki temu, że zrobiłam ten krok, zobaczyłam, że w życiu może być wspaniale. Wszystko co było do tej pory - nie chcę o tym opowiadać. A wszystko, co wydarzyło się po - nawet nie wyobrażałam sobie, że takie życie jest możliwe".

           Takie rzeczy słyszę tylko od kobiet.

Ewa Woydyłło



Rozmowa przeprowadzona przez ks.Jacka Krzewickiego i Macieja Zdziarskiego znajdzie się w książce-zbiorze wywiadów z uczestnikami konferencji "Uzależnienia u kobiet - diagnoza, terapia, specyfika podejść terapeutycznych". Konferencja odbyła się w październiku 2006 w Malinówce koło Ełku, a publikacja wydawnictwa podsumowującego spodziewana jest od stycznia 2007r.

Dodaj komentarz od siebie


Ewa Woydyłło "Podnieś głowę"




Sekrety kobiet - Ewa Woydyłło       W zgodzie ze sobą - Ewa Woydyłło       Podnieś głowę - Ewa Woydyłło       Buty szczęścia - Ewa Woytyłło

alkoholizm jest chorobą

Alkoholizm jest chorobą, którą trzeba rozumieć.

alkoholizm u kobiet

Specyfika kobiecego alkoholizmu.
Strona alkoholiczki.

jak pomagać w chorobie alkoholowej

Jak pomagać alkoholikom. Rola rodziny.

KAŻDA DROGA ZACZYNA SIĘ OD PIERWSZEGO KROKU...

... już w połowie drogi zadziwią nas osiągnięte rezultaty. Poznamy nową wolność i nowe szczęście. Nie będziemy żałować przeszłości ani zatrzaskiwać za nią drzwi. Pojmiemy sens słów - Pogoda Ducha i zaznamy spokoju. Bez względu na to, jak nisko upadliśmy, dostrzeżemy, że i z naszego doświadczenia mogą skorzystać inni. Zniknie uczucie bezużyteczności i pokusa rozczulania się nad sobą. Bardziej niż sobą zainteresujemy się bliźnimi. Zniknie egoizm. Zmieni się cały nasz stosunek do życia. Opuści nas strach przed ludźmi i niepewnością materialną. Znajdziemy intuicyjnie sposób postępowania w sytuacjach, których dotąd nie umieliśmy rozwiązać. Nagle zaczniemy pojmować, ze Bóg czyni dla nas to, czego sami nie byliśmy w stanie dla siebie uczynić. Czy są to obietnice bez pokrycia? Sądzimy, że nie. Urzeczywistniają się czasem szybko, czasem wolniej, ale zawsze się materializują, jeśli nad nimi pracujemy.

Anonimowi Alkoholicy str.72

TENJARAS | Wypromuj również swoją stronę


Design downloaded from free website templates.